„Przyciągnięcie młodych ludzi jest dziś znacznie trudniejsze niż kiedyś. Gdy dorastałam, możliwości były zupełnie inne. Moi rodzice nie zabierali mnie na zagraniczne wakacje. Była praca w domu, na polu, w ogrodzie. Dziś wyjazd do Opola nie jest dla młodego człowieka czymś szczególnie atrakcyjnym. Ma do wyboru dziesiątki innych rzeczy. Coraz trudniej wygrać jego czas i uwagę” – mówi Martina, przewodnicząca jednego z lokalnych kół DFK.
Trudno o lepszy punkt wyjścia do rozmowy o przyszłości Związku Młodzieży Mniejszości Niemieckiej w RP. Za kilka miesięcy BJDM będzie obchodził 35-lecie swojego istnienia. Organizacja powstała w zupełnie innym świecie niż ten, w którym funkcjonuje dzisiaj. Zmieniły się możliwości młodych ludzi, sposób spędzania wolnego czasu, oczekiwania wobec organizacji społecznych, a także motywacje do angażowania się. Zmieniła się również sama społeczność mniejszości niemieckiej. Jej młode pokolenie coraz rzadziej dorasta z językiem niemieckim jako naturalnym językiem codzienności, częściej posiada wielowarstwową tożsamość i nie zawsze potrafi – albo w ogóle chce – zamknąć ją w jednej jednoznacznej deklaracji. Nie oznacza to jednak, że pytania o pochodzenie, język i przynależność straciły znaczenie. Być może jest dokładnie odwrotnie. Skoro odpowiedzi nie są już oczywiste i coraz rzadziej otrzymuje się je w gotowej formie, trzeba ich świadomie szukać. Właśnie w tym miejscu zaczyna się współczesna rola organizacji takich jak BJDM. Pytanie o jej przyszłość nie sprowadza się bowiem do tego, czy za dziesięć lat nadal będą odbywały się obozy, wymiany, warsztaty i wydarzenia młodzieżowe. Znacznie ważniejsze jest to, kto będzie chciał je organizować, kto poczuje, że historia tej społeczności jest również jego historią i kto uzna, że warto wziąć odpowiedzialność za jej dalszy ciąg. Bo przyszłość mniejszości niemieckiej zależy nie tylko od tego, ilu młodych ludzi odziedziczy język i pamięć po swoich rodzicach czy dziadkach. Zależy także od tego, czy ci, którzy tego dziedzictwa nie otrzymali w pełni, będą mieli gdzie je odkryć.
Nie wszystko dziedziczy się po przodkach
Dla wielu przedstawicieli starszych pokoleń odpowiedź na pytanie o własną tożsamość wynikała bezpośrednio ze środowiska, w którym dorastali. Z języka słyszanego w domu, rodzinnych historii, lokalnych zwyczajów i doświadczeń całej społeczności. W przypadku mniejszości niemieckiej właśnie rodzina przez dziesięciolecia pozostawała najważniejszym przekaźnikiem dziedzictwa. To w niej zachowywano język, pamięć i opowieści, których przez część powojennej historii nie zawsze można było swobodnie przekazywać poza własnym domem. Dziś ten mechanizm coraz częściej nie działa już w tak bezpośredni sposób. Ktoś wie, że jego babcia mówiła po niemiecku, ale sam nie zna języka. Ktoś pamięta pojedyncze rodzinne historie, lecz nigdy wcześniej nie próbował połączyć ich w większą całość. Ktoś zna swoje niemieckie korzenie, ale przez wiele lat nie zastanawiał się nad tym, co właściwie oznaczają dla niego samego. Współczesna tożsamość coraz rzadziej przypomina więc gotowy zestaw wartości i przynależności, który można po prostu przejąć po poprzednim pokoleniu. Częściej jest czymś, co powstaje stopniowo – poprzez poznawanie własnej historii, konfrontowanie rodzinnych opowieści z własnym doświadczeniem i podejmowanie decyzji o tym, które elementy dziedzictwa chce się zachować jako część własnego życia.
Badacze zajmujący się rozwojem młodego pokolenia od lat zwracają uwagę na wydłużenie procesu kształtowania się tożsamości. Opisują młodość jako czas intensywnego poszukiwania własnego miejsca, wartości i przynależności. Współczesny młody człowiek ma znacznie większą swobodę wyboru niż poprzednie generacje, ale wraz z tą swobodą otrzymuje również konieczność samodzielnego odpowiadania na pytania, na które kiedyś częściej odpowiadało za niego środowisko rodzinne i społeczne. Dotyczy to również młodych ludzi związanych z mniejszością niemiecką. Można czuć się związanym jednocześnie ze Śląskiem, Polską, Niemcami i Europą. Można mówić na co dzień po polsku, uczyć się niemieckiego i posługiwać się śląskim. Można mieć niemieckich przodków, ale dopiero jako dorosły człowiek zacząć pytać o ich historię. Można też przez długi czas w ogóle nie zastanawiać się nad własnym pochodzeniem, dopóki jakaś rozmowa, podróż czy spotkanie z drugim człowiekiem nie uruchomi potrzeby poznania tej części siebie. Dotyczy to również młodych ludzi związanych z mniejszością niemiecką. Można czuć się związanym jednocześnie ze Śląskiem, Polską, Niemcami i Europą. Można mówić na co dzień po polsku, uczyć się niemieckiego i posługiwać się śląskim. Można mieć niemieckich przodków, ale dopiero jako dorosły człowiek zacząć pytać o ich historię. Można też przez długi czas w ogóle nie zastanawiać się nad własnym pochodzeniem, dopóki jakaś rozmowa, podróż czy spotkanie z drugim człowiekiem nie uruchomi potrzeby poznania tej części siebie.
Tak było w przypadku Michała. Pierwszy kontakt ze środowiskiem mniejszości niemieckiej miał kilka lat temu, kiedy pojechał na obóz organizowany przez lokalne DFK. Później wziął udział w polsko-węgierskiej wymianie BJDM, a z czasem zaczął angażować się coraz bardziej. – „W mojej rodzinie są niemieckie korzenie, ale język i kultura nie zostały zachowane. W pewnym momencie zacząłem czuć, że chciałbym do tego wrócić, dowiedzieć się więcej i poznać ludzi, którzy mają podobne doświadczenia. BJDM stał się dla mnie miejscem, w którym mogłem zacząć odkrywać tę część swojej historii” – opowiada. Nie trafił więc do organizacji z gotową, jednoznacznie określoną tożsamością. Przyszedł między innymi dlatego, że chciał ją lepiej zrozumieć. I nie jest w tym doświadczeniu odosobniony. W refleksjach dotyczących młodego pokolenia mniejszości niemieckiej coraz częściej pojawia się właśnie znaczenie rodzinnej pamięci, indywidualnego wyboru i samodzielnego określania własnej przynależności. Niemieckość nie zawsze jest już czymś oczywistym i przeżywanym od dzieciństwa w ten sam sposób. Dla części młodych osób staje się elementem, który trzeba dopiero odnaleźć, nazwać i świadomie włączyć do własnej historii. To stawia organizacje mniejszościowe przed zupełnie nowym zadaniem. Jeżeli będą czekały wyłącznie na osoby, które już biegle mówią po niemiecku, dobrze znają historię swojej rodziny i posiadają jasno określoną tożsamość, mogą pewnego dnia odkryć, że czekają na pokolenie, którego w takiej formie już nie ma. Dlatego przyszłość mniejszości niemieckiej nie zależy wyłącznie od tego, ilu młodych ludzi odziedziczy gotową odpowiedź na pytanie o własne pochodzenie. Zależy również od tego, czy istnieć będą miejsca, w których odpowiedzi tej będzie można samodzielnie poszukiwać.
Nie ma jednej właściwej drogi
W tym miejscu pojawia się jednak pytanie, od którego żadna organizacja mniejszościowa nie powinna uciekać: jak szeroko można otworzyć swoje drzwi, nie tracąc jednocześnie charakteru, dla którego organizacja w ogóle powstała? Czy młodzieżowa organizacja mniejszości niemieckiej powinna być przeznaczona wyłącznie dla osób, które już wiedzą, że są Niemcami? Czy trzeba mówić po niemiecku, aby móc poczuć się jej częścią? Czy członkostwo ma być zwieńczeniem ukształtowanej tożsamości, czy może być początkiem drogi prowadzącej do jej odkrywania?
BJDM od początku swojego istnienia pozostaje organizacją mniejszości niemieckiej. Nie jest to jeden z wielu obszarów jej działalności ani historyczny dodatek do współczesnej oferty projektowej, lecz podstawowy powód jej istnienia. Oficjalna strategia organizacji mówi wprost o zachowaniu dziedzictwa, pielęgnowaniu polsko-niemieckiej przyjaźni, trosce o prawa mniejszości i budowaniu przyszłości społeczności niemieckiej w Polsce. Wśród najważniejszych wartości pojawiają się otwartość, integracja, poczucie wspólnoty, profesjonalizm i poszanowanie praw mniejszości. Jest również „Spaß”, bo młodzieżowa działalność nie musi być poważna w formie tylko dlatego, że jej cele są poważne. Rzecz w tym, że współczesnej społeczności mniejszości nie da się budować według zasady selekcji przy wejściu. Nie każdy, kto w przyszłości może stać się aktywnym członkiem tej społeczności, przyjdzie do niej z perfekcyjnym niemieckim i pełną wiedzą o własnych korzeniach. Nie każdy nawet pojawi się dlatego, że szuka odpowiedzi na pytania o swoją tożsamość. Czasem impulsem będzie ciekawy projekt, innym razem znajomi, możliwość wyjazdu albo zwyczajna chęć zrobienia czegoś nowego. To nie musi oznaczać porażki misji organizacji. Przeciwnie, może być początkiem znacznie dłuższego procesu. Motywacja, z którą młody człowiek trafia do organizacji, nie musi przecież być tą samą, dla której później w niej zostanie. Ktoś może przyjść dla projektu, ale zostać dla ludzi. Może zacząć od wyjazdu, a skończyć na organizowaniu własnych inicjatyw. Może przez przypadek trafić na spotkanie, a kilka lat później odkryć, że właśnie tam po raz pierwszy zaczął świadomie myśleć o historii swojej rodziny. Dlatego otwartość nie musi oznaczać rozmywania mniejszościowego charakteru BJDM. W pewnym sensie może być wręcz warunkiem jego zachowania. Trudno oczekiwać, że młody człowiek będzie pielęgnował kulturę, której nikt mu wcześniej nie pokazał. Nie można wymagać znajomości języka, którego nie miał szansy nauczyć się w domu. Nie sposób również oczekiwać silnego poczucia przynależności do wspólnoty, której nigdy nie miał okazji doświadczyć. Najpierw trzeba stworzyć możliwość spotkania.
Do BJDM razem z Michałem trafia również jego partnerka. Sama nie wywodzi się ze środowiska mniejszości niemieckiej, ale dobrze czuje się wśród ludzi, których tam poznała, utożsamia się z wartościami organizacji i chce angażować się społecznie. Jej obecność nie sprawia, że organizacja staje się mniej niemiecka. Dzięki takim spotkaniom kultura, język i historia mniejszości przestają być zrozumiałe wyłącznie dla tych, którzy od początku należą do jej środowiska. Otwartość nie oznacza więc usunięcia tożsamości z organizacji. Oznacza zaproszenie do jej poznawania.
Zostać na dłużej
Współczesna organizacja młodzieżowa nie konkuruje już wyłącznie z innymi stowarzyszeniami. Konkuruje właściwie ze wszystkim, co może zająć uwagę młodego człowieka: podróżami, mediami społecznościowymi, pracą, studiami, sportem, rozrywką i setkami możliwości rozwoju, których poprzednie pokolenia po prostu nie miały. Samo powiedzenie „przyjdź, bo warto działać społecznie” coraz rzadziej wystarcza. Młodzi ludzie chcą wiedzieć, co dane doświadczenie wniesie do ich życia. Szukają relacji, możliwości rozwoju, poczucia sprawczości i autentycznego wpływu na to, co dzieje się wokół nich. Nie oznacza to, że stali się mniej gotowi do pomagania innym. Zmienił się raczej sposób, w jaki rozumieją własne zaangażowanie. W literaturze opisującej społeczne zaangażowanie pokolenia Z, zwraca się uwagę na potrzebę łączenia wartości społecznej z korzyścią rozwojową. Wolontariat może więc jednocześnie służyć wspólnocie i rozwijać osobę, która się angażuje. Te dwa cele nie muszą ze sobą konkurować. BJDM daje młodym ludziom możliwość zdobywania doświadczeń, których trudno nauczyć się z podręcznika. Ktoś po raz pierwszy prowadzi warsztaty, ktoś inny pisze projekt, zarządza budżetem, organizuje wydarzenie, koordynuje pracę zespołu albo występuje przed publicznością. Dla wielu osób jest to pierwsza okazja, aby przekonać się, że potrafią nie tylko uczestniczyć, ale także samodzielnie coś stworzyć.
W organizacji mniejszościowej dochodzi do tego jednak jeszcze jeden wymiar. Wszystkie te doświadczenia odbywają się w określonym środowisku kulturowym. Język niemiecki nie pojawia się wyłącznie na lekcji, ale również podczas rozmów, wymian i współpracy międzynarodowej. Historia przestaje być wyłącznie nudnym przedmiotem szkolnym, a kultura nie musi oznaczać wyłącznie przeglądu tańców ludowych. W „Jugendpunktach” język niemiecki może pojawić się podczas podchodów, gry miejskiej czy wspólnego gotowania. Na międzynarodowym projekcie staje się językiem komunikacji. W redakcji „Antidotum” młodzi ludzie opisują własną rzeczywistość i pracują w dwujęzycznym środowisku. Podczas projektów historycznych mają okazję zadawać pytania o miejsca i historie, których wcześniej być może w ogóle nie znali. Forma tych działań zmienia się wraz z kolejnymi pokoleniami, ale ich rdzeń pozostaje ten sam. Język niemiecki jest w tym wszystkim jednocześnie częścią dziedzictwa, językiem spotkania i kluczem do świata, z którym młodzi ludzie mogą budować własną relację. Być może właśnie na tym polega dziś jedno z największych zadań organizacji mniejszościowej: nie tylko mówić młodym ludziom, że powinni znać język swoich przodków, ale dawać im powody, dla których sami będą chcieli go używać.
Projekt nie zorganizuje się sam
Na zdjęciach po zakończonym projekcie wszystko wygląda zazwyczaj prosto. Jest grupa uśmiechniętych uczestników, wspólne zdjęcie, czasem dyplomy, później rolka albo krótka relacja w mediach społecznościowych. Nie widać natomiast miesięcy przygotowań, wniosków pisanych z wyprzedzeniem, budżetów, dokumentów, rozmów z grantodawcami, telefonów, rozliczeń i problemów, które ktoś musiał rozwiązać, zanim w ogóle zauważyli je uczestnicy. – „Odpowiadam przede wszystkim za to, żeby biuro mogło sprawnie funkcjonować”– mówi Dominika Szymczyk, kierowniczka biura BJDM. – „Pilnuję dokumentacji, jestem w stałym kontakcie z księgowością, zarządem i grantodawcami, kontroluję wydatki i wspieram koordynatorów, kiedy pojawiają się pytania lub problemy. Jednocześnie trzeba cały czas myśleć o przyszłości, bo o finansowanie wielu projektów wnioskujemy z dużym wyprzedzeniem. Pomysł może pojawić się dzisiaj, ale zanim stanie się rzeczywistością, ktoś musi wykonać całą tę pracę, której później prawie nikt nie widzi.”
Ta niewidoczna strona działalności jest znacznie ważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Pokazuje bowiem, że sama młodzieżowa energia nie wystarczy. Można mieć dobry pomysł, entuzjazm i grupę zainteresowanych osób, ale jeśli nikt nie weźmie odpowiedzialności za doprowadzenie przedsięwzięcia do końca, nic się nie wydarzy. Jedną z wartości zapisanych w strategii BJDM jest półżartobliwie określana „deutsche Qualität”. Za żartobliwym sformułowaniem stoi jednak poważne przekonanie, że organizacja młodzieżowa może być jednocześnie miejscem dobrej zabawy i strukturą, która pracuje profesjonalnie. Jedno nie wyklucza drugiego. Wręcz przeciwnie – bez profesjonalnego zaplecza nie byłoby przestrzeni, w której można swobodnie realizować nawet najbardziej kreatywne pomysły. Dla wielu młodych osób właśnie zaangażowanie w organizację staje się pierwszym prawdziwym doświadczeniem odpowiedzialności za innych. Weronika Koston, była przewodnicząca BJDM i obecna członkini komisji rewizyjnej, mówi o swojej drodze w organizacji jak o doświadczeniu, którego nie zastąpiłby żaden kurs. – Kiedy zaczyna się działać w BJDM, chyba nikt do końca nie wie, dokąd ta droga go zaprowadzi. Mnie nauczyła brania odpowiedzialności, pracy pod presją, podejmowania trudnych decyzji i współpracy z ludźmi, którzy mają bardzo różny poziom motywacji. Pokazała mi też, że praca zespołowa może być niesamowicie satysfakcjonująca, ale bywa również trudna. To, co pozwala iść dalej mimo tych trudności, to wspólny cel i świadomość, że robimy coś dla naszej społeczności i regionu. Bez BJDM nie byłabym dziś w miejscu, w którym jestem.” – Tego rodzaju efekt trudno ująć w statystyce. Można policzyć uczestników projektu, liczbę wydarzeń czy zrealizowane warsztaty. Znacznie trudniej zmierzyć, ilu ludzi dzięki temu po raz pierwszy uwierzyło, że potrafi samodzielnie coś zorganizować, wziąć odpowiedzialność za grupę albo stworzyć inicjatywę, która wcześniej istniała tylko jako pomysł. A właśnie od takich ludzi zależy przyszłość każdej organizacji.
Najtrudniejszy projekt: następcy
BJDM może stworzyć świetny projekt, zdobyć finansowanie, przygotować dobry program i zgromadzić komplet uczestników. Żadna organizacja młodzieżowa nie przetrwa jednak dzięki samym uczestnikom. Potrzebuje również ludzi, którzy pewnego dnia będą gotowi stanąć po drugiej stronie – nie tylko przyjść na wydarzenie, ale także je wymyślić, zorganizować i wziąć za nie odpowiedzialność. – „Coraz trudniej znaleźć osoby, które powiedzą: ‘Dobra, to ja się tym zajmę. Ja zacznę, zbiorę ludzi, spróbuję swoich sił’. ”– zauważa Emily, członkini zarządu BJDM. – „Brakuje takich ‘macherów’, jak mówimy czasem w mojej rodzinie. Ludzi, którzy nie czekają na gotowy projekt, tylko sami potrafią coś uruchomić. Jeżeli zabraknie takich osób, w pewnym momencie zabraknie również projektów, na które inni będą mogli przyjść.” – Martina ujmuje ten sam problem znacznie bardziej obrazowo. – „Często słyszymy, że młodzi ludzie nie chcą być liderami. Moim zdaniem nie oznacza to, że nie chcą działać w grupach, które mają liderów. Problem zaczyna się wtedy, kiedy trzeba wziąć pełną odpowiedzialność. Ktoś chętnie pomoże przy grillu i postoi przy kiełbasie, ale wcześniej ktoś musi tę kiełbasę kupić, przygotować całe wydarzenie, a później jeszcze wszystko posprzątać. I właśnie do tej części najtrudniej znaleźć ludzi.” – Można się z tego obrazu uśmiechnąć, ale za grillem i kiełbasą kryje się problem dobrze znany wielu organizacjom społecznym. Młodzi ludzie nadal chcą angażować się w konkretne działania, jednak coraz częściej wybierają formy krótkotrwałe i elastyczne. Znacznie trudniej przekonać ich do wieloletniego związania się z jedną organizacją i stopniowego przejmowania odpowiedzialności za jej codzienne funkcjonowanie.
W przypadku BJDM wyzwanie jest szczególnie istotne, ponieważ organizacja młodzieżowa z definicji nie może opierać się przez dziesięciolecia na tych samych osobach. Ludzie kończą szkołę, wyjeżdżają na studia, przeprowadzają się, rozpoczynają pracę zawodową i zakładają rodziny. Co kilka lat odpowiedzialność musi więc zostać przekazana dalej. Największym projektem BJDM nie jest zatem żadna konkretna kolonia, wymiana czy festiwal. Najtrudniejszym projektem są następcy – ludzie, którzy dzisiaj przychodzą jako uczestnicy, za kilka lat zaczną pomagać przy organizacji, a później być może sami stworzą coś dla kolejnych. Podczas szkolenia strategicznego zarząd i pracownicy biura próbowali rozrysować taką drogę. Wszystko zaczyna się od pierwszego kontaktu z organizacją. Ktoś przychodzi na projekt i być może nigdy więcej nie wróci. Ktoś inny bierze udział w kolejnym wydarzeniu, zaczyna poznawać ludzi i z czasem decyduje się zostać członkiem. Jeżeli znajdzie dla siebie miejsce i poczuje, że jego obecność ma znaczenie, może zacząć angażować się coraz mocniej. Na jednym z flipchartów pojawiły się dwa symbole: serce i drzewo. Serce oznaczało osobę, która związała się z organizacją, bierze udział w projektach i przyprowadza kolejnych ludzi. Drzewo symbolizowało kogoś, kto zapuszcza korzenie – zaczyna samodzielnie tworzyć projekty, wchodzi do zarządu, podejmuje pracę w biurze albo w inny sposób bierze odpowiedzialność za przyszłość organizacji. Na papierze wygląda to jak prosty schemat rozwoju członka. W rzeczywistości kryje się za nim jedno z najważniejszych pytań dla całej społeczności mniejszości niemieckiej: kto będzie chciał przejąć odpowiedzialność wtedy, kiedy obecni liderzy odejdą?
Co zostanie po nas?
Podczas szkolenia strategicznego 11 lipca to pytanie powracało wielokrotnie. Rozmawiano o malejącej liczbie osób posługujących się językiem niemieckim, zmianach demograficznych, słabnącym zainteresowaniu nauką tego języka, potrzebie docierania do nowych grup i o tym, jak nie zgubić mniejszościowego rdzenia organizacji, próbując jednocześnie odpowiadać na potrzeby współczesnej młodzieży. Niektórzy widzą przyszłość dosyć jasno – „Moim zdaniem za dziesięć lat BJDM powinien być miejscem podobnym do tego, którym jest dzisiaj” – powiedział podczas rozmowy Dastin, jeden z członków zarządu. Martina odpowiedziała krótko: „To bardzo optymistyczna wizja”. W tej krótkiej wymianie zdań zawiera się jednak cały dylemat organizacji. Dzisiaj w jej strukturach nadal działają osoby, które mówią po niemiecku, znają środowisko mniejszości i świadomie się z nim utożsamiają. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że za kolejne dziesięć czy dwadzieścia lat sytuacja będzie wyglądała podobnie.
Przewodnicząca BJDM Paulina Widera podkreśla, że organizacja chce iść dalej drogą, którą obrała już wcześniej: rozwijać się, docierać do nowych osób i pokazywać, że mniejszość niemiecka nie jest wyłącznie wspomnieniem poprzednich pokoleń. – „Chcemy, żeby młodzi ludzie widzieli, że mniejszość niemiecka to również ich rówieśnicy: osoby aktywne, które dbają o swoją społeczność, interesują się językiem i kulturą swoich przodków, ale jednocześnie żyją współczesnością i chcą coś zrobić dla miejsca, w którym mieszkają. Musimy motywować do zaangażowania i pokazywać, że można łączyć jedno z drugim” – mówi. Nie ukrywa jednocześnie problemów. Niż demograficzny, malejące zainteresowanie językiem niemieckim i ogromna liczba innych możliwości dostępnych młodym ludziom sprawiają, że organizacja nie może już liczyć na to, że kolejne pokolenie trafi do niej samo.
Być może właśnie to jest dziś największą zmianą. Przez wiele lat struktury mniejszości mogły w znacznej mierze opierać się na naturalnym przekazie między pokoleniami. Dziecko dorastało w określonym środowisku, poznawało język, uczestniczyło w wydarzeniach i z czasem samo przejmowało część odpowiedzialności. Dzisiaj ten łańcuch coraz częściej się urywa. Jeżeli organizacja chce go odbudować, musi aktywnie docierać do ludzi, którzy być może nie wiedzą jeszcze, że szukają właśnie takiego miejsca. To wymaga również uczciwego spojrzenia na własne słabości. Podczas szkolenia strategicznego nie rozmawiano wyłącznie o promocji czy nowych projektach. Pojawiły się pytania o struktury, komunikację, delegowanie odpowiedzialności i to, czy każda osoba, która trafia do organizacji, naprawdę wie, jakie ma w niej możliwości. Zastanawiano się, jak lepiej wspierać nowych członków i jak sprawić, aby nie pozostawali wyłącznie nazwiskami na liście. Bo członkostwo samo w sobie nie gwarantuje jeszcze przyszłości organizacji. Przyszłość zaczyna się dopiero wtedy, kiedy ktoś czuje, że ma w niej swoje miejsce i że jego zaangażowanie rzeczywiście coś zmienia.
To, czego nie wolno zgubić
Już za kilka miesięcy BJDM będzie obchodził swoje 35-lecie. Taka rocznica naturalnie skłania do patrzenia wstecz, wspominania dawnych projektów, osób, które tworzyły organizację, i momentów, które zapisały się w jej historii. Być może jednak jeszcze ważniejsze jest pytanie o to, co z tej historii powinno zostać przekazane kolejnemu pokoleniu.
Na pewno język. Bez niego część dostępu do historii i kultury mniejszości z czasem po prostu zniknie. Na pewno pamięć. Bez niej trudno zrozumieć, dlaczego ta społeczność w ogóle istnieje i dlaczego przez lata walczyła o możliwość zachowania własnej tożsamości. Na pewno kultura i tradycje. Nie jako zamknięty zestaw rytuałów, który należy mechanicznie powtarzać, ale jako coś, co każde kolejne pokolenie może przeżywać na własny sposób. Jednak obok tego wszystkiego trzeba przekazać jeszcze coś, o czym mówi się znacznie rzadziej: odpowiedzialność. Odpowiedzialność za to, aby ktoś zorganizował kolejne spotkanie, napisał następny projekt, zachęcił nową osobę do udziału, opowiedział historię, której nikt wcześniej nie znał, albo po prostu zadał sobie pytanie, co można zrobić dla własnej społeczności. Bez ludzi gotowych wziąć tę odpowiedzialność nawet najlepsza strategia pozostanie dokumentem, a najpiękniejsza historia z czasem stanie się wyłącznie wspomnieniem.
—
Martina ma rację: Opole prawdopodobnie nigdy nie będzie konkurować egzotyką z wakacjami w Turcji. Ale być może nie musi. Bo najważniejsze doświadczenia nie zawsze są tymi, które prowadzą najdalej. Czasem ważniejsze okazuje się miejsce, w którym po raz pierwszy spotkało się ludzi podobnych do siebie. Projekt, podczas którego pierwszy raz odważyło się powiedzieć kilka zdań po niemiecku. Rozmowa, po której zaczęło się pytać dziadków o rodzinną historię. Albo moment, w którym ktoś po kilku latach uczestniczenia w gotowych wydarzeniach powiedział wreszcie: „Dobrze, teraz ja coś zrobię”. Język, kultura i pamięć nie trwają dlatego, że zapisano je w statutach i strategiach. Trwają wtedy, gdy kolejne pokolenie uzna, że warto znaleźć dla nich miejsce we własnym życiu. A wspólnota ma przyszłość wtedy, gdy znajdą się ludzie gotowi nie tylko do niej należeć, ale również wziąć za nią odpowiedzialność.
Franciszka Dzumla